Rex nie był zwykłym psem. Spokojny, łagodny i posłuszny jak stary żołnierz. Przez osiem lat mieszkał sam z panem Delorme, dyskretnym wdowcem, którego cały budynek darzył milczącym szacunkiem. Każdego ranka widzieliśmy, jak Rex odprowadzał go na róg ulicy, żeby zrobił zakupy, czekał przed piekarnią, a potem dumnie wracał do domu.
Ale tego ranka coś się zmieniło.
Rex nie odstępował swojego pana. Krążył w kółko, z opuszczonymi uszami, jakby słyszał niebezpieczeństwo, którego nie mogliśmy dostrzec. A potem przyjechała karetka. Sąsiedzi otworzyli drzwi, zwabieni syrenami i… szczekaniem.
„Nigdy tak nie szczekał” – szepnęła pani Laurin z trzeciego piętra.

Ratownicy medyczni pobiegli na górę. Kilka minut później schodzili z powrotem… z noszami w rękach, białym prześcieradłem starannie podciągniętym pod brodę.
Wtedy Rex stracił nad sobą panowanie.
Wrzasnął. Dosłownie. Głęboki, zwierzęcy, a zarazem dziwnie ludzki krzyk.
Próbował wskoczyć na nosze. Położył obie łapy na bezwładnej klatce piersiowej pana Delorme’a, jakby chciał go obudzić… albo się z nim pożegnać.

—„Odwal się, psie!”
Ale on wciąż wracał, raz po raz. Jakby jego serce odmawiało pogodzenia się z tym, co widział.
Nikt nie odważył się ruszyć. Nawet dzieci patrzyły w milczeniu. Mężczyzna krzyczał, kobieta płakała. Rex nie chciał odejść.
W obliczu tej rozdzierającej serce sceny ratownik medyczny poruszył się, spojrzał na swojego kolegę i powiedział:
„Sprawdźmy ostatni raz. Dla niego”.
A potem… coś nie do pomyślenia.
Lekki ruch pod prześcieradłem.
Ciche bicie. Prawie niesłyszalny oddech.
Serce pana Delorme’a wciąż biło.







